Mumbai – pożegnanie miasta milionerów i żebraków.

Nadszedł czas na powrót do Delhi. Cholerny urząd do spraw cudzoziemców FRRO, podesłał mi prośbę o dodatkowe informacje. Wszystko miało być na moim profilu w Ich systemie. Oczywiście jak to w Indiach, niczego tam nie ma. Singh sprawdził o co chodzi…trzeba jechać do Deli i załatwić wszystko osobiście. Przyjść z paszportem i pozwolić PANU urzędnikowi potwierdzić złożone kserokopie paszportu i wizy…hinduska biurokracja.

Tym razem odpuszczam sobie kolej. Bilet na samolot kosztuje mnie 150 złotych…dostałem jednorazowy rabat od IndiGo…miło. 

Żegnam się z Antoniem i Apollem, właścicielami mojego guesthausu na Garden Road, i spadam na lotnisko. Przed zamówieniem UBERA, idę na ostatni spacer po tym dziwnym mieście. Gdyby nie wysokie ceny i to, że byłem na Goa, zastanawiałbym się czy tu nie zostać. Mumbai to jedyne miasto w Indiach, które do tej pory widziałem, z prawie normalnymi chodnikami i ulicami. Oczywiście, jak wszędzie tutaj, są też miejsca typowo indyjskie, ale generalnie jest jakby bardziej europejsko. Tylko ceny też trochę bliższe Europie, no i ocean brudny i śmierdzący. Właśnie…nie jedzcie ryb w Mumbaju, no chyba, że Fish and chips, zrobiony z mrożonego fileta. Próbowałem wszystkich możliwych gatunków ryb. Wszystkie świeże ryby, podawane w restauracjach, mają nieładny zapach. Nawet krewetki w zupie Tom Yum, lekko zalatują. Prawdopodobnie pochodzą z tej najbrudniejszej, przybrzeżnej części Morza Arabskiego. Za to jak nigdzie w Indiach, można kąsnąć, normalne europejskie śniadanie.

PRAWDZIWY, PACHNĄCY BOCZEK !!!

Fish and chips…szkoda, że nie ze świeżej rybki…ale chociaż, nie śmierdzi.

W końcu z białymi przy jednym stoliku. Kto by pomyślał, że dopiero tak daleko od domu, zaznam zaszczytu poznania takich osobistości. 

Hello, Mr Chaplin, How are you ?

W końcu zamawiam Ubera i jadę na lotnisko. Mam jeszcze sporo czasu, ale znam już realia indyjskiej odprawy na lotniskach krajowych…jedna lub dwie kolejki do checkpointów i masa ludzi. 

Po półgodzinnej podróży, docieram na miejsce.

Bardzo ładne i dobrze zorganizowane lotnisko. 

Jest gdzie zjeść i odpocząć przed podróżą…znacznie lepiej niż w Delhi czy Dabolim na Goa. Jest też Starbucks, w którym postanawiam poczekać, przy dobrej kawie. Zamówiłem sobie Americano, siadłem na wygodnej sofie przy oknie i wyciągnąłem “kopytka”. 

No k*** mać, nie mogę. Moje nogi są brązowe ! Dopiero teraz zrozumiałem, że facet, który kilka dni temu zadał mi idiotyczne pytanie, na prawdę mógł się mylić. 

Are you Hindii ? 

Popukałem się w głowę i poszedłem sobie. 

Jestem brązowy i na co dzień noszę hinduską kurtę. To taka bardzo wygodna, dłuższa koszula, z ozdobną stójką, którą zakłada się przez głowę. Klapki noszę permanentnie, i czasem, zamiast powiedzieć “Ok’, mówię “a cza”, co oznacza dokładnie to samo, tylko w Hindi. On na prawdę mógł myśleć, że jestem Hindusem…ale jaja !

Może to trochę, nie wypada, ale zobaczcie Sami.

Tylko te białe paski, zostały na dowód, że jestem z Europy. Jeśli nogi mam takie brązowe, to co się dzieje z moją starą gębą !?

Amandeep, uprzedził mnie, że w Delhi jest już zima. 

No tak. W dzień 28 a w nocy 18. ZIMA !!! Najwyżej odwinę rękawy. 

Ja jednak mam naturę “łazika”. Wszędzie mi dobrze. Jeszcze nie wyleciałem z Mumbaju, a już zaczynam trochę tęsknić za niektórymi miejscami. Fajnie tu jest. Gdybym tak mógł trochę to pomieszać…Arambol, Mumbai, Rathambor i Delhi. Nie da się. 

No nic, do samolotu i w drogę…zimne i brudne New Delhi, czeka na mnie.

 A Mumbai, mimo wszystko, trafia na moją listę faworytów…Babu i Nina…też.

4 thoughts on “Mumbai – pożegnanie miasta milionerów i żebraków.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *