Masza i Niedźwiedź

Masza, która wyszła z morza na Kerimskiej plaży jest rzeczywiście jak Grecka bogini. Piękna, utalentowana i inteligentna.

Spędziliśmy ze sobą masę czasu, zapewniając sobie wzajemnie, dobre towarzystwo i wsparcie. Do dzisiaj, pomimo tego, że Masza jest, chwilowo, w Moskwie, rozmawiamy każdego dnia i mamy wspólne plany. Może już trochę odmienne od pierwotnych, ale nadal wspólne. 

Kiedy się spotkaliśmy, po raz pierwszy na plaży, oboje byliśmy jakby dla siebie stworzeni. Ja Europejczyk, na ciężkim motocyklu z wiecznie “uchachaną gębą” i wielkimi rybami, które upolowałem…i Ona drobna i naprawdę piękna pół Ormianka, pół Rosjanka, urodzona i wychowana na Syberii. Od razu przypadliśmy sobie do serca i tak zaczęła się historia, która, pomimo zmian trwa i pewnie trwać będzie. 

Masza pisze muzykę i komponuje. Póki co pieniędzy z tego nie ma, ale jest dobra w tym co robi i może kiedyś coś z tego będzie. Ponadto napisała książkę, którą dzięki Jej pomocy, właśnie kończę tłumaczyć i w mojej subiektywnej, ale rzetelnej ocenie, uważam za dobrą i naprawdę ciekawie napisaną. Sama Masza próbowała ją wydać w Rosji, ale ze względu na tematykę, rosyjskie wydawnictwa, pomimo dobrych opinii, bały się wydać. To historia wzajemnej miłości, dwóch kobiet…w Rosji temat LGBT jest równie niedopuszczalny jak pedofilia. 

Kiedyś powiedziałem Maszy, że w Polsce bardzo popularna jest bajka dla dzieci “Masza i Niedźwiedź”. No tak – odparła – To tak jak my. Ja Masza, a ty mój niedźwiedź. I tak zostałem niedźwiedziem. 

Spędzaliśmy wieczory na Jej balkonie, a właściwie biorąc pod uwagę rozmiary, tarasie. Ja odpoczywałem po całym dniu robienia “czegoś tam”, a Maszeńka kurzyła jointa. Trochę mnie te Jej jointy drażniły. Ale dało się z tym żyć. Z upływem czasu poznawałam Jej znajomych…głównie koleżanki. Zdawałem sobie sprawę, że tematyka książki, nie wzięła się z powietrza i moja ślicznotka ma za sobą związki damsko-damskie. Ale co mi tam. 

Po jakimś czasie zdałem sobie sprawę z tego co tak na prawdę podoba się Rosjanom w Goa. I nie są to tylko ceny, bo w ostatnich latach, “kolega” Władimir Władimirowicz Putin, zaserwował Im taką inflację, że dzisiaj za jednego dolara płacą 70 rubli, gdzie jeszcze niedawno płacili 30. Tym samym dzisiaj jedna rupia to właściwie jeden rubel, a  Goańskie ceny wcale nie spadają…wręcz odwrotnie.

Otóż nasi Bracia, zza wschodniej granicy, są wciąż bardzo zabobonni i wierzą w przeróżne gusła (wolno Im, to nic złego), oraz w Indiach odreagowują Rosyjską inwigilację i brak swobody. Tylko tutaj możesz w miarę bezpiecznie kupić haszysz i upalić się jak bąk. Tylko tutaj możesz propagować wiarę w czary i odrzucać logikę nowoczesnego świata. Do pewnego stopnia Ich rozumiem i nie oceniam tego czy to ma sens czy nie. Zdarzały się jednak momenty, w których moja tolerancja, osiągała swoje granice. Pewnego dnia przygotowałem sobie duszone grzybki…pieczarki. Nic wielkiego. Masza mnie opieprzyła, twierdząc, że gdy była na Bali, rozmawiała z grzybami. Z pełną powagą poinformowała mnie, że one żyją pod ziemią i wcale im się nie podoba, że my je jemy. Tak więc, chociaż je bardzo lubi, od tamtego czasu ich nie je, i mnie też zabrania. JAK TO K…MAĆ zabrania !!!

Miłość miłością, a ja i tak będę jadł grzyby…i koniec – odparłem. 

Po kilku tego typu informacjach uznałem, że czas coś z tym zrobić. Winą obarczyłem hasz. I powolutku rozpocząłem indoktrynację Mojej Maszeńki. Z pomocą przyszła mi goańska policja. Pojawił się bowiem artykuł w internecie, o zatrzymaniach rosyjskich handlarzy narkotykami. Ponadto powolutku opowiadałem Maszy o szkodach w organizmie jakie powodują narkotyki. W końcu pewnego dnia Masza zapytała mnie czy jest narkomanką.

Oczywiście Kochanie, że jesteś, tak jak ja jestem alkoholikiem…to nic złego – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

No to ja sobie zrobię przerwę z tymi jointami – odpowiedziała Masza.

ZWYCIĘŻYŁEM !!! 

A gówno prawda…dopiero się zaczęło.

Ledwo Masza odstawiła hasz, zaraz poczuła się gorzej. Zaproponowała wizytę u lekarza. Zgodziłem się od razu. Pojechaliśmy do Arambolu. Tutaj okazało się, że Maszeńka ma w nosie normalnego lekarza…potrzebna Jej “ciotka ajurweda”, Pani doktor od wszystkiego. Już po pierwszej wizycie, okazało się, że mojej Królowej nie wolno jeść mięsa, ryb, wielu gatunków owoców, należy pić tylko wodę i preparaty od Pani “doktor”, a najmniejsze zdenerwowanie może doprowadzić Moją Maszeńkę do głębokiej depresji i nawet śmierci…to się kurwa wpakowałem !!!

Maszeńka z radością jeździła do swojej doktorki, a ja ze wstrętem zapieprzałem do apteki po jakieś zaczarowane mikstury…nietanie !!!  A pies ci mordę lizał z takim doktorem. 

Z wybawieniem przyszła mi sama Masza. Któregoś dnia zapytała czy pomogę Jej kupić bilet dla koleżanki z Rosji. Pomoc miała polegać na załatwieniu kogoś z kartą kredytową do zapłacenia za bilet online, w zamian za gotówkę. To akurat nie problem, mam tu kupę znajomych. Załatwiliśmy sprawę od ręki.

Masza a po co Ci ta koleżanka – spytałem.

No wiesz…ja też potrzebuję się “potrachać”…nie tylko z tobą – odparła z rozbrajającą szczerością. 

Nie wytrzymałem i prawie zsikałem się ze śmiechu. Po chili oboje leżeliśmy na materacu i rżeliśmy jak konie. Masza powiedziała mi, że zawsze marzyła o takim facecie jak ja, ale tak na prawdę woli dziewczyny, i chciałaby mieć koło siebie swoją Nikę. Ustaliliśmy, że to jakby zmienia naszą relację, no bo ja nie bardzo potrafię sobie to wyobrazić. Początkowo Masza była trochę rozczarowana i obrażona. Jednak gdy przyjechała Nika, okazało się, że to fajna małolatka, z którą szybko się zaprzyjaźniłem. To ujęło Maszę. Powiedziała mi, że Nika do tej pory bardzo bała się mężczyzn…prawdopodobnie, ma bardzo złe wspomnienia z Ojcem…

Powoli wszystko się poukładało. Dziewczyny przez kilka tygodni mieszkały razem. Nauczyłem Nikę jeździć na skuterze, i regularnie każdego wieczora Ją podkarmiałem, bo u Maszy, w wyniku zaleceń “doktor” Ajurwedy, w lodówce pozostawało niezmiennie światło i wolne miejsce dla ewentualnego pingwina. Na koniec wyjeżdżając do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, a dokładnie do Sharji, odwiozłem Nikę na bezpośredni samolot do Moskwy.

Dzisiaj, kiedy siedzę na moim tarasie, a pod stołem leżą dwa pieski, które wspólnie z Maszą znaleźliśmy na polanie za moim nowym domem (również Masza mi go pokazała), mogę śmiało powiedzieć, że Ta Moja Masza, to super dziewczyna jest. Każdego dnia dzwoni i pilnuje mnie jak swojego niedźwiedzia, chociaż jest daleko w Moskwie. I choć wszystko się zmieniło, to Jej zapowiedź rychłego powrotu do Indii w towarzystwie, fajnej Niki, sprawia mi przyjemność. 

Można mieć odmienną orientację seksualną, można na siebie, czasem pokrzyczeć, można nawet sobie wzajemnie “wygarnąć”…i mimo wszystko można się przyjaźnić.

I tutaj pojawia się kolejny bohater moich przeżyć. Człowiek, który pomimo dobrego wychowania, nigdy się nie uśmiecha, a Jego wiecznie naburmuszona mina, przypomina wyraz pyska srającego kota, który cierpi na chroniczne zatwardzenie. I choć jest moim rodakiem, to muszę przyznać, że pomimo znajomości wielu typów ludzi, od gangsterów do polityków (choć to właściwie ta sama grupa), nie znam człowieka bardziej zepsutego i niosącego za Sobą tylu nieszczęść i wewnętrznej pogardy dla wszystkiego i wszystkich…ale to już będzie kolejna historia, którą napiszę jutro…Jędrula.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *