Kathmandu – Thamel, nepalskie prostytutki i europejska kawa

Wczoraj przez sześć godzin zwiedzałem Thamel. Zacząłem od centralnej części, gdzie właściwie co druga osoba to biały człowiek. Powoli, idąc w głąb wąskich uliczek, oddalałem się od części przeznaczonej dla turystów. Po przejściu kilku, mini, skrzyżowań, doszedłem do straganów z artykułami spożywczymi. Warzywa, suszone ryby..trochę śmierdzi, przyprawy, orzechy, makarony, kasze i świeże mięso kurczaka i bawoła…po którym zawsze, spaceruje kilka much.  

Po jakimś czasie, doszedłem do części przemysłowej, tego ogromnego bazaru. W sklepikach, podobnych do garaży albo piwnic, można kupić całe wyposażenie domu. Od akcesoriów kuchennych po telewizory i lodówki. Co ciekawe, jest tam też cała gama, różnego rodzaju elektrycznych promienników ciepła, grzejników i piecyków gazowych, zasilanych butlą. Nepalczycy nie mają systemów centralnego ogrzewania, ale jak widać po sklepach, zaczynają się dogrzewać. 

W tej części Thamela, byli już wyłącznie Nepalczycy.

Idąc dalej, w głąb, uliczki robiły się coraz węższe i było coraz ciaśniej. Dziesiątki ludzi i przejeżdżające motocykle na uliczce szerokości, może półtora metra…no i oczywiście, stragany po obu stronach. Do tego, każdy z budynków, po obu stronach takiego chodniczka, ma cztery lub pięć pięter !

W końcu zrobiłem się głodny…stragan z momo, wyrósł jak z pod ziemi. Za 40 nepalskich rupii (ok 1,2 zł), pochłonąłem veg momo. Dobre pierożki z Bóg wie czym w środku, przygotowane wprost na ulicy.

Okazało się, że jestem już w części dla hurtowników. Jeśli sklep z rękawiczkami, to tylko całe worki rękawiczek, jeśli czapki, to też nie na sztuki, tylko w workach. Są też sklepy z tkaninami…każdy sklep z tkaninami innego rodzaju i przeznaczenia. Sklep z tkaninami na koszule wizytowe i garnitury, sklep z tkaniną typu sztruks, kolorowe tkani na damskie, tradycyjne stroje, też oddzielnie. No i cała reszta odzieży, butów i ozdób. 

A teraz coś dla feministek !

Drogie Panie, tutaj, zaszczytną służbę porządkową, pełnią umundurowane kobiety.

Jest tam, Tych Pań, znacznie więcej. Nie są policjantkami, a raczej służbą porządkową. Część z Nich jest wyposażona w długie drewniane pałki…lepiej nie zadzierać z Taką Damą.

W pewnym momencie, zaczepiła mnie jakaś Dziewczyna i coś zaproponowała. Odruchowo odmówiłem, ale kiedy dotarło do mnie co powiedziała, stanąłem jak wryty. K***, Ona zaproponowała mi masaż ! Bez zastanowienia odwróciłem się do Niej i podszedłem. Ale jaja…nepalska prostytutka !

Były dwie Dziewczyny. Wyjaśniłem, że raczej nie skorzystam z masażu, ale chcę pogadać…nakłamałem, że jestem dziennikarzem z Polski i napiszę wzmiankę o Nich w artykule. Za 200 rupii (6 zł), wyraziły zgodę. 

Obie pochodzą z tej samej miejscowości, położonej sto kilometrów od Kathmandu. Mają Swojego szefa, który przyprowadza klientów i daje Im mieszkanie. Czasem mają klientów z Europy, ale głównie z Ich usług korzystają Nepalczycy. Dziewczyny były uśmiechnięte i nie widać było po Nich, żeby miały jakieś problemy z tytułu Swojej profesji.

Robota jak każda inna…moje życie też nie było usłane tylko chwalebnymi uczynkami…nie będę Ich oceniał. Były miłe, uśmiechnięte, no i całkiem ładne. Dwie młode, fajne Dziewczyny…sprzedają to co mają najlepszego…k***, tu każdy czymś handluje…One też mogą.

Za cholerę nie chciały dać Sobie zrobić zdjęcia…ale i tak pstryknąłem fotkę jak odchodziły.   

W końcu, postanowiłem wracać do “cywilizacji”, na kawę i coś na ząb.

W drodze powrotnej, obserwowałem ludzi. Nepalczycy są niewysocy i często mają trochę skośne oczy. Kobiety są malutkie i troszkę tęgawe…w końcu jest tu czasem zimno, musi Je coś dogrzewać, poza miłością męża. Swoją drogą, owi mężowie, bardzo często, zaglądają do kieliszka…widać to po ilości sklepów monopolowych. Potwierdzili to również moi Gospodarze. 

Wracając natknąłem się na maleńki traktorek, przedziwnej konstrukcji, którym, kilku mężczyzn transportowało cement.

Znalazłem też sklep z rowerami, gdzie górski rower, na osprzęcie Shimano, z amortyzowanym widelcem i aluminiową ramą, kosztuje sto euro ! 

Pewnie po negocjacjach, dało by się go kupić sporo taniej.

Gdy osiągnąłem swój cel, zasiadłem przy oknie, a właściwie otworze w ścianie restauracji na piętrze, zapaliłem papieroska, zamówiłem kawę Americano i sushi…rachunek 450 rupii (13,5 zł)…dzisiaj zaszaleję !

Zanim dostałem kawę i swoją “surowiznę” poszedłem do toalety…zobaczcie co tam znalazłem !

Jak się okazuje, w tej części świata, korzystanie z toalety, nie jest tak oczywiste jak mogło by się wydawać.

Trochę się pośmiałem z instrukcji przyklejonej nad sedesem i wróciłem do stolika. Kelner podał mi kawę, z głośników leciał Jazz…dobra muzyka, czarna gorąca kawa, tytoniowa chmura i nogi na krześle…o tak, tak mogę odpoczywać.

Czekając na sushi, obserwowałem ludzi z mojego “bocianiego gniazda”. Dopiero teraz, dotarło do mnie, że w Kathmandu nie ma Tuk-Tuków. Zrozumiałem to, gdy spojrzałem na rikszę. 

Oni tu na prawdę lubią Swoje kury…nie tylko je jedzą, ale nawet noszą w specjalnych plecakach…

W końcu dostałem sushi…REWELACYJNE !!!

Kiedy pochłaniałem skarb japońskiej kuchni, podszedł do mnie kelner i zagadnął.

Pan, nie jest normalnym turystą, prawda Sir – zapytał.

A dlaczego tak myślisz – trochę mnie zaciekawiło to Jego spostrzeżenie.

Wygląda Pan na kogoś kto robi różne interesy, z jakiego kraju Pan jest ?

Jestem z Polski, i jeszcze nie robię tu interesów, ale rozglądam się. – odpowiedziałem.

Kelner odszedł. Ta krótka wymiana zdań, dała mi sporo do myślenia. Zarówno w Mumbaju jak i tutaj, co chwila podchodzą do mnie, miejscowi kombinatorzy i próbują sprzedać narkotyki, albo oferują Panienki. Przy tym robią to bardzo bezpośrednio…bez ogródek.  Kilka razy, właściciele miejscowych sklepików dali mi Swoje wizytówki i próbowali się zareklamować jako producenci Swoich artykułów i byli gotowi wysyłać towary za granicę.  Pewnie proponują to wszystkim białym. Ale przyszło mi też do głowy coś jeszcze. 

Wszystko to czego doświadczamy i to w jaki sposób żyjemy ma odzwierciedlenie w naszej twarzy i naszym zachowaniu…no a ja, przeżyłem znacznie więcej niż, przeciętny, Kowalski. Do tego moje, niektóre przeżycia, można by było zliczyć do dosyć burzliwych…delikatnie ujmując. Więc mam gębę jaką mam…”pół k***, pół diabła, z miną i głosem księdza”…jak powiedział, kiedyś, mój kolega…Edek “Żyd”

Ci wszyscy miejscowi kombinatorzy, rozpoznają we mnie kogoś, kogo nie trzeba się bać. Wiedzą, że z policji nie jestem i na pewno z policją bliskich kontaktów nie mam. To moja pomarszczona gęba, mówi Im wszystko…swój pozna swego, w każdej części świata…chyba muszę sporo zarobić i zrobić sobie operację plastyczną. Dość miałem takich znajomości w Polsce…tutaj mi ich nie trzeba.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *