Kathmandu – Franc i Iwona…świat jest malutki

Ostatnie dni spędzałem na ciągłym “łazikowaniu”…to moje ulubione zajęcie.

Kiedy tak łaziłem, obserwowałem ulice, policjantów, przechodniów. W pewnym momencie zobaczyłem młodego chłopaka, który “spawał” światłowody na chodniku.Podszedłem i przyglądałem się Jego pracy. Po kilku minutach, skończył, wsiadł do samochodu i pojechał. Niby nic specjalnego…może poza tym, że w takim małym, górskim i ubogim kraju, technologie, które dopiero teraz wchodzą do Polski, są już powszechne i stosowane od dawna. No i jak widać na kolejnym zdjęciu…trzeba dobrego fachowca, żeby sobie z tym poradzić 

Znalazłem też, w końcu pyszne rybki, smażone na ulicznym straganie…na prawdę dobre.

porcyjka

Przedostatniego dnia, wszedłem do sklepu po moją ulubioną rybkę, w puszce tj. smażoną makrelę w sosie chilli. No i oczywiście pomyliłem sklepy, powinienem wejść do sklepu obok. Pomimo swojej pomyłki, rozejrzałem się wewnątrz. Przy regale z chipsami, usłyszałem znajome głosy…Polacy. Oczywiście poleciłem Im swoją faworytę…makrelę. Od słowa do słowa, poszliśmy na kawę. 

Z jednej kawy zrobiło się całe popołudnie i wieczór…niesamowici LUDZIE !!!

Rozmowom nie było końca. W pewnym momencie, okazało się, że Franc mieszkał i wychował się w niewielkiej podwarszawskiej miejscowości, obok, której mieszkali moi Rodzice, a i ja sam też kiedyś niedaleko mieszkałem. No ale już całkowitego szoku doznałem, jak Iwona powiedziała, że urodziła się w tej samej, niewielkiej warmińskiej miejscowości, co ja…7 tysięcy kilometrów od Polski !!! Jakby tego było mało, zna osobiście moją siostrę i Jej męża, u którego, z resztą naprawiała samochód.

Franc tak jak ja, załapał życiową “wywrotkę” i też zaczynał od nowa. Dzisiaj razem z Iwoną wyglądają na szczęśliwych ludzi…tacy są. 

Opowiedziałem Im o moich planach i o Goa. Obiecali, że przyjadą. Często ludzie mówią mi, że wpadną i odwiedzą mnie i mój pensjonat…z reguły nie przykładam, szczególnej uwagi do tego. To tylko słowa. Tym razem jest inaczej. To, że przyjadą, to jest pewne. Tym razem, po prostu to wiem. Franc to typ, prawdziwego faceta, a Iwona to, w końcu moja krajanka. 

Często się zastanawiam, jakich będę miał gości ?

Oby wszyscy byli tacy jak Franc i Iwona ! To właśnie dla takich znajomości warto prowadzić taki biznes. Po kilku godzinnej rozmowie, rozstaliśmy się jak rodzina. Kiedy dzisiaj rano, Franc odpowiedział na moją wiadomość, na Whatsapp, zrobiło mi się na prawdę dobrze. 

Jutro lecę, w końcu na Goa. Widziałem już zdjęcia budynku i rozmawiałem z właścicielką…miła kobieta. Może już powoli koniec tułaczki ? Z wizą też coraz lepiej…żeby nie zapeszać, opiszę sprawę wizy po wszystkim. Teraz jedynie powiem, że małżeńskie zamieszanie, nie będzie konieczne.

Jeśli jest na górze Ten Ktoś…to muszę Mu podziękować. Za ludzi, których spotykam, za los, który całkiem nieźle się układa, no i za ten widok, który widać z okien samolotu, zaraz po starcie z Kathmandu. 

Nawet pomimo, tłoku na lotnisku i godzinnego czekania na start, na pokładzie samolotu…

6 thoughts on “Kathmandu – Franc i Iwona…świat jest malutki”

  1. Cieszę się, że jesteś i nigdzie nie wsiąkłeś.Fajnie spotkać rodaków na obcej ziemi i to jeszcze z takich okolic, które się dobrze zna. Widzę, że trochę podniosłeś się na duchu… i tak trzymaj ….Pozdrawiamy Cię i wspominamy, powodzenia 🙂

    1. Tak, spotkanie było niesamowite. Jutro będę już na Goa i tam zostaję. Coś już znalazłem i czas zacząć pracować.

  2. My też czekaliśmy godzinę na pokładzie na start… widać Kathmandu tak ma ;/ ale widok wynagradza wszystko 😀
    Pozdrawiamy z Tajlandii (w końcu najedzeni pysznym jedzeniem 😀 )

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *