FRRO, indyjska żona, adwokat z obciętymi nogami i wylot do Nepalu

No i zaczął się indyjski cyrk !!!

Po przylocie z Mumbaju, musiałem zaczekać, znowu jeden dzień, bo było kolejne święto…Oni tu tylko świętują !

W końcu dotarliśmy do FRRO. Tam bardzo uprzejmy Pan, ten sam “gamoń” co poprzednio, dał mi numerek. Wbrew temu co czytałem w necie, czekałem na moją kolej, tylko kilka chwil. Do sali “operacyjnej” musiałem wejść sam. Podszedłem do okienka i podałem numer wniosku i paszport. Kolejny “gamoń” z uwagą obejrzał mój paszport i poinformował mnie, że mam wizę turystyczną i w związku z tym nie mogą udzielić mi zgody na pobyt. 

Po co więc rejestrowaliście mój wniosek ? – zapytałem.

Nie uzyskałem odpowiedzi, jedynie “gamoń” oddał mi paszport. Poszedłem do, poprzedniego “gamonia” i zadałem to samo pytanie. Odpowiedział, że nie wiedział czy, na przykład, nie mam zamiaru tu studiować albo się ożenić. 

Acha…no dobra, a jeśli się ożenię, to co ?

To będziemy musieli wydać Panu zgodę…Indie bardzo dbają o rodzinę…Sir.

Wyszedłem, wsiadłem do Amana do samochodu i kazałem jechać do adwokata, który wziął za załatwienie sprawy 400 euro. 

Po co tam jedziemy – zapytał Singh – On nie będzie chciał oddać pieniędzy, przecież to ja za Niego, oddam Ci jutro pieniądze ?

Zobaczysz, jedź. 

Kiedy dotarliśmy do adwokata, był w biurze. Małe obskurne biuro z jednym, starym biurkiem i czterema krzesłami. Adwokat przywitał się z nami, i od razu zaczął coś “gulgać” do Singha. Aman powiedział mi, że adwokat się tłumaczy i przeprasza. Kazałem Mu się zamknąć. Wyjąłem telefon i wybrałem swój własny polski, wyłączony numer. Kiedy usłyszałem głos automatu, zacząłem mówić po rosyjsku. Poprosiłem, wyimaginowanego Iwana, o to aby wziął trzech kolegów i przylecieli z Goa do Delhi, bo trzeba obciąć nogi indyjskiemu adwokatowi. Powtórzyłem dwukrotnie, że zapłacę za to cztery tysiące euro. 

Nie wiem, co zrozumieli. Ale na pewno słyszeli Goa i euro. 

Singh zapytał co zrobiłem. Powiedziałem Mu, że właśnie zamówiłem naszemu adwokatowi chirurga do amputacji nóg, i odwołam Go zaraz po tym jak dostanę moje pieniądze, i adwokat zapłaci za mój wyjazd do Nepalu, bo muszę na chwilę wyjechać z Indii, żeby zyskać kolejne trzy miesiące czasu, na załatwienie wszystkiego z pobytem. Singh wyraźnie się przeraził. Zaczęli rozmawiać między Sobą. Adwokat zaczął mnie przepraszać i prosić o czas. Mam Go…pomyślałem. Już chodzi tylko o czas, a nie o fakt zwrotu. 

Ok, kupisz mi teraz bilet do Kathmandu, dasz na pobyt, a kiedy wrócę zwrócisz resztę. 

Adwokat, bez słowa, zalogował się na IndiGo i wykupił mi bilety na tygodniowy wyjazd do Nepalu. Po transakcji pokazał, że zostało Mu na koncie tysiąc rupii. 

Po powrocie dam Ci rachunki i oddasz mi wszystko razem z moimi czterystoma euro…wtedy odwołam Rosjan. Wyszliśmy. Singh, nawet się nie odzywał. Chyba był przerażony…może przesadziłem ?

No dobra Aman, teraz potrzebna mi żona – odezwałem się pojednawczo.

Jasne, to zaraz załatwię, tylko trzeba będzie zapłacić – ożywił się, mój indyjski, kolega – oszuścik.

K*** mać, jestem Europejczykiem i żadnych pieniędzy nie dam. Płacicie za to, po kilka tysięcy euro, więc mi tu n ie pier….ol. Już k*** nikomu w tym kraju nie zapłacę za coś czego nie dostałem i nigdy nie dam, nawet dziesięciu rupii zaliczki…rozumiesz, k*** Twoja mać – wrzasnąłem. Amandeep Singh zrozumiał wszystko. Chyba, w końcu dotarło do Niego, że jeśli chce coś ze mną zarobić, musi zrewidować Swoje poglądy. Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do hotelu. Aman, całą drogę, gdzieś wydzwaniał. Pod hotelem, z dumą oznajmił, że ma już dwie kandydatki. 

Ja, z kolei zadzwoniłem, do mojej jedynej, hinduskiej koleżanki Poojy. Powiedziałem Jej o co chodzi i poprosiłem o pomoc. Pooja, to dziewczyna, którą poznałem w kawiarni…pomogła mi dogadać się z kelnerem, który nie rozumiał, że chcę kawę na wynos. Umówiliśmy się następnego dnia na kolację. Cholera wie ile Ona ma lat. Sama twierdzi, że 28, ale mnie wygląda raczej na trzydzieści cztery…kobieta. To typ trochę takiej małej naciągaczki. Miała ochotę namówić mnie na wspólne zakupy. Powiedziałem Jej, że ok, ale kupię Jej tylko jedną rzecz do tysiąca rupii…i kolacja bez zobowiązań. Podziałało. To  miła dziewczyna, no i ładna… Dałem się nawet odwieźć, Jej skuterem do hotelu…nieźle jeździ. Nie wiem, dokładnie o co Jej chodzi, ale jakoś mnie to nie interesuje. Jest miła, czeka na mój powrót z Kathmandu…może ma jakąś, kolejną kandydatkę albo Sama chce wyjechać z Indii…zobaczymy.

Po zakończonej rozmowie z Pooją, nie miałem już wyjścia i powiedziałem Singhowi o Niej. Zdziwiony był jak cholera…i dobrze, nie jesteś jedynym Hindusem na świecie…pomyślałem. Singh zapytał mnie czy, na prawdę chciałem obciąć nogi adwokatowi.

Aman, ja nie chciałem…ja nadal chcę – odpowiedziałem, z miną na tyle poważną, na ile potrafiłem się zmusić. Singh, popatrzył na mnie, i obaj ryknęliśmy śmiechem. Singh zabrał z auta, małą podręczną buteleczkę whiskey, którą często wozi…tak na ból głowy…jak mówi, i poszliśmy na hotelowy taras. Aman, strzelił Sobie łyka i się rozgadał.

Ja ciebie, nigdy nie oszukam, deklarował. Żonę będziesz miał, jak tylko wrócisz…obiecuję.

Następnego dnia wyleciałem do Nepalu.

Tym razem, odprawa przebiegła błyskawicznie…międzynarodowy port lotniczy…wszystko sprawnie i bez czekania. Ten port jest rzeczywiście ogromny. 

Po niespełna dwóch godzinach wylądowaliśmy. Nie bez problemów, co prawda tym razem. Tuż przed lądowaniem, samolotem trochę kołysało i trzęsło. Może to wiatry, a może pobliskie Himalaje, które widać z okien samolotu, spowodowały turbulencje. Po wylądowaniu, troje Hiszpanów, którzy siedzieli, tuż za mną, przeżegnało się nabożnie, dziękując Najwyższemu, za powrót na ziemię. Nie było tak źle.

Lotnisko w Kathmandu jest malutkie i całkiem fajne. Po wejściu na terminal, trzeba wypełnić wniosek wizowy…bardzo prosty, i dokonać opłaty za wydanie wizy. No i znowu, muszę zasadzić kopniaka Amanowi. Sukinkot, zapewniał, że w Nepalu można płacić rupiami indyjskimi. No można, ale nie na lotnisku. A ja mam tylko rupie indyjskie. Poszedłem do kierownika odpraw  i powiedziałem jaki mam problem. Facet poprosił, żebym zostawił bagaż, i razem wyszliśmy do kantoru na zewnątrz…niespotykane. Wymieniłem kasę i po uiszczeniu opłaty dostałem wizę na dwa tygodnie. 

Przed lotniskiem, oczywiście tysiąc taksówek. Tym razem spokojnie się rozejrzałem i  wybrałem sobie jednego taksiarza. Trzeba było chwilę się targować, ale kiedy usłyszał, że jestem z Polski, ładnie powiedział Dzień dobry i dobrze, dobrze…i zgodził się na moją cenę tj. 200 rupii nepalskich, czyli ok sześciu złotych. Po dwudziestu minutach byłem pod hotelem. 

ZAJE….STE MIEJSCE. Kathmandu Home Stay, w dzielnicy Lazimpat. 

Dostałem, na tydzień, ekstra czysty pokój z wielkim łóżkiem i łazienką, ciepłą wodą, śniadaniem, kawą i herbatą gratis, o każdej porze, wifi i ekstra widokiem z dwóch dużych okien, za ok 200 zł. Ludzie, którzy prowadzą to miejsce Arith i Hari, są niesamowici. Przyjęli mnie jak członka rodziny. Od ręki dostałem zupę i kawę. Oddałem pranie, które kosztuje tyle co nic i dostałem mapę Nepalu i Kathmandu.  Arith, poza hotelem, prowadzi biuro podróży i organizuje wszystkie możliwe atrakcje. Ponadto wiecznie żartuje. Kiedy Go poznałem, powiedział że jest właścicielem obiektu, ale to Żona jest dyrektorem i do tego jeszcze, każe Mu pracować i nie daje wypłaty. Wszystko to miało miejsce w czasie śniadania, więc podałem Mu mojego tosta i powiedziałem, żeby wziął, bo pewnie jest głodny…wszyscy ryknęliśmy śmiechem, a Arith oznajmił, że w zamian za dobre serce da mi rabat,…ale następnym razem. Codziennie wieczorem, wszyscy mieszkańcy zbierają się na tarasie przed domem, piją wspólną kawę lub herbatę i gadają…atmosfera jest, na prawdę super…jak w domu.

Po zaaklimatyzowaniu się w hotelu, wybrałem się na spacer.

Pierwsze wrażenie jest niesamowite…tu jest CZYSTO I CICHO. Nikt nie trąbi, wszędzie są chodniki. Nawet samochody są ładniejsze. Choć Nepal, w porównaniu z Indiami, jest bardzo biedny, jakimś cudem, jest tu czysto i ładnie. No i ten klimat ! Czyste górskie powietrze. Chłodne, rześkie poranki i noce z kilkunastostopniową temperaturą…jest na prawdę dobrze. 

W trakcie spaceru znalazłem spory sklep samoobsługowy. Kiedy wszedłem do środka, prawie się popłakałem…rwał jego nać…mielona kawa, kiełbaski wieprzowe (głęboko mrożone, ale są), ser żółty, makaron, kasza, masło…jak w domu.

Wracając ze sklepu, przechodziłem obok, pinie strzeżonego, przez dwóch uzbrojonych żołnierzy, terenu. Nie był bym sobą, gdybym Ich nie zagadnął. Jeden z Nich, baz żadnych problemów, powiedział mi, że ten teren to rezydencja szefa nepalskiej policji. Pokazał mi Swój karabin i nóż przy pasie…oczywiście, nie dał mi broni do ręki…tego nie wolno, na całym świecie.

Potem odwiedziłem Thamel…handlowo – turystyczne serce Kathmandu. 

To jest raj dla turystów ! 

Ceny, jeśli się potargujesz, powalają na kolana. Można kupić cały sprzęt do wspinaczki i trekingu, za jedną trzecią tego co w Polsce. Ręcznie rzeźbione maski, figurki, ozdoby ze srebra i kamieni szlachetnych i półszlachetnych…jest wszystko. No i ludzie, też bardzo mili. Za piętnaście złotych, chłopak przez godzinę, wycinał w kamiennej tabliczce napis PIALPI, a potem dobrał, do tego, paciorkowy łańcuszek.

Kilometry straganów, na których można kupić, prawie, wszystko, kawiarenki z ogródkami restauracyjnymi (w Indiach tego nie znajdziesz, poza Goa) i malutkie świątynie. Można łazić i łazić…całymi godzinami.

Jeśli chodzi o jedzenie, też nie można narzekać. Nepal to kraina MOMO. Małych pierożków z przeróżnym nadzieniem. Króluje Chicken momo…super doprawione pierogi z kurczakiem. Można też pochłonąć kiełbaskę z bawoła. 

Nie mogłem sobie odmówić selfi z bawolą kiełbaską.

Przy wieczornych rozmowach, dowiedziałem się, że Nepalczycy, nie lubią Indii i Hindusów. Przypomina mi to, trochę relacje polsko – rosyjskie. Tutaj też jest strefa wpływów “Wielkiego Brata”. Na szczęście Nepalczycy, to dumny naród i zgodnie z hasłem wypisanym w sklepach z gurkijskimi nożami…”lepiej zginąć, niż być tchórzem”, nigdy nie zaakceptują indyjskiego zwierzchnictwa, i nie oddadzą wolności. Choć żyje Im się biednie, i większość próbuje uciec do Europy, to i tak czuć, że są patriotami. Ponad wszystko kochają Swój kraj…mądrzy i mili ludzie.

6 thoughts on “FRRO, indyjska żona, adwokat z obciętymi nogami i wylot do Nepalu”

  1. No to jak do tej pory masz same przygody i tak sobie myślę co będzie dalej… przecież pieniądze lecą… chyba masz jakiś plan….. A może liczysz na bogaty ożenek ???? No i Twoja mina z bawolą kiełbaską jest
    trochę smutnawa ….

    1. Plan, oczywiście mam. Jestem cały czas w kontakcie z kilkoma Polakami, i jak tylko ruszy system w polskiej ambasadzie w New Delhi, pojawią się jakieś pieniądze…całkiem przyzwoite. Ponadto strona jest już prawie gotowa i trzeba będzie ją pozycjonować. Kilka rzeczy, o których nie piszę, również uruchomiłem…dwóch Hindusów, pracuje już nad tymi tematami…będzie dobrze. Póki co mam jeszcze, jakiś bufor bezpieczeństwa. No i Goa, które właściwie, mógłbym już uruchomić, gdyby nie problemy z FRRO. Na Goa, poza budynkiem, mogę kupić (na to mam odłożone,u M.) pięć skuterów i od ręki zacząć je wynajmować…Rosjanie już dzwonią…tylko, cholera muszę tam być !
      Ożenek to raczej tylko papierowy.
      A mina, jak mina…”samotność daje w dupę”…jak powiedział pewien znany alkoholik.

  2. Oby wszystko się udało, tego Ci życzymy …. Z tęsknotą i samotnością będziesz chyba długo się zmagał… smutno …

  3. Żądamy zdjęcia z kiełbaską na profilowe! 😀
    Siedzimy i chichramy nad ekranem laptopa, ale dobrze nie daj się Hindusom!

    1. Kiełbaskę pożarłem…brak kolejnej do zdjęcia. A Hindusów trzeba polubić i zrozumieć – jeśli to w ogóle możliwe. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *